Nie dlatego, że wszystko zostało powiedziane.
Ale dlatego, że pewien etap dobiegł końca.
↓ ↓
Wszystko zaczęło się od pęknięcia.
Od chwili, w której coś, co wydawało się trwałe,
rozpadło się bez dźwięku.
Bo największe pęknięcia nie krzyczą.
One zapadają się w ciszy.
A echo przychodzi później.
Czasem po latach.
↓ ↓
To pęknięcie rozświetliło obrazy.
Jak błysk – nagły, nieproszony.
Przywołało wspomnienia, które nie chciały odejść.
↓ ↓
Było lato.
Ciepłe, niemal niewinne.
Były drogi prowadzące donikąd
i próby naprawienia rzeczy,
których naprawić się już nie dało.
Była muzyka - Bach -
jak porządek istniejący gdzieś poza chaosem,
jak obietnica, że sens nadal jest możliwy.
Był las.
Nie zawsze spokojny.
Czasem gęsty, obcy,
w którym każdy krok brzmiał zbyt głośno,
a cisza miała swoją wagę.
Było miasto.
Tętniące, pchające do przodu,
a jednocześnie przygniatające.
Miejsce, które daje energię
i odbiera oddech w tej samej chwili.
↓ ↓
A potem przyszła noc.
Ta noc, która mogła być ostatnią.
Granica, za którą nic już nie miało być.
I właśnie wtedy okazało się,
że jest pierwszą.
Noc, w której Mistress of Shadow
dotknęła świata.
Nie wchodząc do niego wprost,
lecz spoglądając zza zasłony.
Nie osądzając.
Nie ratując.
Tylko będąc.
I przez to zmieniając wszystko.
Są chwile, w których zostaje tylko modlitwa.
Nie jako odpowiedź.
Nie jako rozwiązanie.
Ale jako akt trwania.
Jako próba zmierzenia się z cieniem
bez udawania, że go nie ma.
Na końcu tej drogi
nie ma triumfu.
Nie ma katharsis.
Jest decyzja.
Elioth trwa.
W nicości.
Nie jako rezygnacja,
lecz jako wybór istnienia
mimo braku obietnic.
Czekając na statek,
który zabierze go za horyzont.
Co jest za horyzontem?
Czy Mistress zdejmie przepaskę?
Czy cień okaże się światłem?
Nie wiem.
I to wystarczy.
↓ ↓
Muzyka jest echem.